środa, 6 września 2017

BYWAJCIE

Każdy nowy post na tej watasze, czy również na innych moich watahach, zaczynał się inaczej. "Poradzimy sobie przez rok szkolny, będzie dobrze". W marcu tego roku aktywność zanikła całkowicie, a nikt, włącznie ze mną się nie odzywał. Raz na zawsze zamykam tę watahę. 
Dziękuję wszystkim ludziom, których poznałam właśnie przez tego bloga, mając nadal z nimi kontakt. Mam dzięki Wam mnóstwo wspaniałych wspomnień. 
Dziękuję raz jeszcze, kocham Was wszystkich <3

wtorek, 14 marca 2017

Od Dergora "Nowy rozdział nie napisze się sam cz. 8" (cd. Hysmine)

- Nie będę niczego negować. Lepiej jest w sumie chyba oddawać cześć  czemuś, w co się wierzy szczerze, niż żywiołom samym w sobie - mruknąłem po chwili ciszy. - Pustym i bezosobowym.
- To się zdarzało w wielu kulturach - zaznaczyła wadera jakby myślała, że o tym nie wiem.
Pokiwałem głową.
- Widziałem na własne oczy ślady po tym wszystkim - zacząłem nowy temat, który wydał mi się prawdziwie bliskim Hysmine.
Jednakże zrobiłem też to dla siebie, ilekroć mówię o czymkolwiek  związanym z katakumbami jest mi lepiej. To taka mentalna ulga z chociaż części mojego balastu.
- Wielkie mozaiki i płaskorzeźby, każda reprezentująca inny żywioł i zniszczone te, które przedstawiają żywioły uznane za gorsze. Albo złe.
- Najczęściej to była ciemność nie? - domyślała się wilczyca.
- Tu cię zaskoczę, tam gdzie byłem, jej reprezentacja była na równi ze światłem. Coś jak jego dopełnienie - pogrzebałem łapą w piasku.
- Rzadka interpretacja. Gdzie to było?
- Blisko mojego domu. Bawiłem się tam z bratem w wojnę. Mieliśmy prawdziwe zbroje i hełmy.
- Oręż też?
- Oczywiście - uśmiechnąłem się, namacawszy muszlę pod piachem.
- Cud, że się nie pozabijaliście - zachichotała melodyjnie wadera.
- E tam. Nie miałby ze mną szans, więc musiałem dawać mu fory.
- Jakoś nie chce mi się wierzyć. Heckler jest od ciebie sporo wyższy i widocznie mocniejszy- pokręciła nosem.
- Nie było tak zawsze. Dopiero później się wyrobił - Hysmine pokiwała głową na znak zrozumienia. Oboje popatrzyliśmy na spokojną wodę na tle coraz ciemniejszego nieba i znów rozmowa się urwała.
Wydobyłem  muszlę na powierzchnię i przystawiłem do ucha. Chyba tylko wilk o takiej mocy, jak moja, potrafiłby usłyszeć muzykę w takim prostym dźwięku dochodzącym stamtąd. Ten szum jakby starał się opowiedzieć historię. Przymknąłem oczy i wsłuchałem się głębiej w melodię niemej ballady. Za pomocą duszy muzyka, ujrzałem cały, aż niewiarygodnie przejrzysty i szczegółowy obraz.
 Statek rzucany na prawo i lewo przez morskie fale. Wilki  są na pokładzie, zwijają żagle przerażeni, jedynie ich kapitan zachowuje spokój. Jest nim wadera o ciemnym futrze z fioletowymi akcentami na włosach i skrzydłach. Siedzi spokojnie przy dziobie, jakby przewidziała przyszłość, wie co się stanie, nieważne jak potoczy się ich walka ze sztormem. Jej kosmyki czarnych włosów powiewają na wietrze, a oczy spoglądają w dal, gdzie ich rodzinny dom. Już blisko kamraci. Odwagi...
Ocknąłem się jakby z letargu, odsuwając muszlę od ucha  i zamrugałem oczami patrząc na płaski horyzont ciemnogranatowego morza. Przez chwilę chciałem wypatrzeć tam  statek, o którym usłyszałem, ale przypomniałem sobie, że to była tylko moja wyobraźnia artystyczna. O ile to nie jest coś więcej... Drobiazgowość obrazu była aż nienaturalna.
Zerknąłem  na trzymaną muszlę.  Była wielkości pięści, lśniła delikatnym kolorem morskiej piany.
Zwróciłem wzrok w stronę zafrasowanej Hysmine. Zawsze mi się zdawało, że jej futro jest  niemal zupełnie białe, ale teraz zdałem sobie sprawę z błędnego postrzegania tego koloru. To był jasny szary dopiero z takim perłowo-jasnym porównaniem to widzę. Niewyraźny, w wielu światłach podchodzący pod biel. Spojrzałem na swoje łapy. I one są ciemniejsze niż myślałem.
- Czemu tak się przyglądasz? - zapytała wadera, której uwagę zwróciły moje ruchy.
- Niczemu w sumie - westchnąłem.
- Uhu... A co tak ściskasz w łapach? - zainteresowała się.
-To tylko muszla - pokazałem znalezisko i wręczyłem je wilczycy.
Przysunęła biały przedmiot do ucha i uśmiechnęła się lekko.
- Dźwięk dużo spokojniejszy niż prawdziwe morze.
Tam jest sztorm Hysmine. Oni walczą o życie...
Wkrótce granica między niebem i wodą przestała być widoczna. Brak wiatru i zachmurzenie wywołały ten dziwny efekt, podział złudnie zniknął. Zrobiło się znów chłodniej.
Już-już chciałem zasugerować powrót do jaskiń, ale wtedy dostrzegłem sylwetkę wilka, który też przyszedł na plażę. Był chudy, ubrany w ciemną narzutę z kapturem. Z lekkim opóźnieniem moja czujność podesłała mi sygnał.
- Hysmine... - szepnąłem. - Spójrz w lewo.
- Co tam je..-urwała widząc osobnika. - To jeden z naszych członków? - ściszyła głos jak ja.
- Obawiam się, że nie. To może być magiczna siła, udająca wilka.
- Jest wyjątkowo blisko. Używamy konwencjonalnych sposobów żeby się upewnić, że to właśnie ona?
- Słucham? Znasz jakieś inne? - otworzyłem szerzej oczy.
- Pokażę ci - uśmiechnęła się tajemniczo.
- Nie mam jakoś do tego zaufania - mruknąłem. -  Mam złe przeczucia.
- Proszę o trochę wiary, Der - wstała z miejsca, od razu do niej dołączyłem.
- Poczekaj tu, proszę.
- Nie zamierzam - oznajmiłem pilnując wzrokiem Magicznej Siły. Nie dostrzegła nas jeszcze.
Hysmine westchnęła. Wiedziała, że nie odpuszczę.
- Dobrze, tylko się nie odzywaj. Zakłócisz działanie. Jeśli się okaże, że to faktycznie ona, pędzimy do innych magów - stwierdziła wadera.
-Co? Skąd ten pomysł? - zdziwiłem się. - Procedura mówi jasno, skoro jesteśmy magami, którzy ją zauważyli, to MY mamy się nią zająć. Idź już praktykować ten swój sposób - dodałem trochę zniecierpliwiony i poszedłem za nią bliżej intruza.
Wilczyca straciła nagle część pewności siebie w tym, co chce zrobić.
Zatrzymaliśmy się jakieś pięć metrów od ciemnej postaci. Ta skierowała wówczas pysk w naszą stronę. Szara wadera wzięła głęboki wdech i jakby zaczęła rozmowę.
- Witaj.
- I wy witajcie - odpowiedział wilk. Czyżby to był jednak zwykły basior? Brzmi zupełnie normalnie.
- Nie jesteś wrogiem prawda? - spytała wilczyca. Ja milczałem, jak kazała i  nie podejmowałem działania.
- Nie-przyjacielem. - poczułem się naprawdę zdezorientowany tą niewyraźną  odpowiedzią. To mogło być zarówno "Nie, przyjacielem.", jak i " Nieprzyjacielem".
- Szczery stwór z ciebie. Nie mówicie w prost.
Więc jednak Magiczna Siła..? Poczułem się trochę zmieszany. Na moje oko łatwiej by było po prostu zaklęciem i już wiesz wszystko na pewno.
Magiczna siła  wydała z siebie dźwięk podobny do wściekłego szczeknięcia i spojrzała  na nas pustymi oczodołami. Wstała na dwie łapy, a na jej przednich wyrosły wielkie pazury.  Groźnie, to jeden z silniejszych osobników, które materializują swoje ciało do fizycznej formy, ale nie mają stałego kształtu i objętości. W takich wypadkach z naciskiem wskazano walkę wręcz, żadnej magii czy innych mocy w jego kierunku. Takie działania otwierają im dostęp do samego wilka, co jest niezwykle niebezpieczne.
Przeniosłem szybko do swoich łap miecz z mojej jaskini, a wadera wyciągnęła ze swojej torby jakiś podłużny, ostro zakończony drogi kamień. Przeciwnik z niewiarygodną prędkością rzucił się w naszą stronę. Hysmine zamachnęła się kryształem, razem ze mną unikając natarcia. Jej kamień stał się teraz  czymś podobnym do mojego ostrza, ale  oręż wyglądał jakby powstał z niebieskogranatowego światła, jedynie rękojeść pozostała stałym przedmiotem. Pewnie łatwo takie coś przenosić. Pierwszy skoczyłem w stronę wroga gotów przeciąć go na pół. Chybiłem. Magiczna siła poruszając się jak wąż wyminęła mnie w ciągu sekundy  i ruszyła na wilczycę. Ta sprytnie odparła pierwszy cios. Drugi, który był wymierzony we mnie, też skończył się niepowodzeniem przeciwnika. Jednak to wszystko działo się za szybko, trzecie natarcie było na tyle niespodziewane, że wadera nie zdołała go odeprzeć. Chociaż napastnik nie użył  pazurów, odrzucił Hysmine dobre parę metrów i jeszcze raz wymierzył we mnie. Uskoczyłem w bok, czując pęd powietrza. Atakował nas na przemian, żeby sobie poradzić z dwoma wilkami na niego samego. Była kolej wadery, leżącej obecnie na piasku. Miałem mniej niż dwie sekundy na podjęcie decyzji.  Użycie mocy i WIELKIE ryzyko swojego życia, czy pozostanie biernym i ryzyko poważnych obrażeń Hysmine. Gadzi mózg zadziałał, rzuciłem w stwora falą dźwiękową z mojego miecza. Trafiło go i spadł z hukiem obok wadery. Popatrzył na mnie wściekły, zobaczyłem głębię jego pustych oczu. Wadera zdążyła już wtedy się podnieść i drasnąć Magiczną Siłę swoim świetlistym ostrzem, dopóki miała szansę.
Usłyszałem wtedy syk i ryk, później przed oczami miałem tylko gębę rodem z koszmaru, magiczna siła dorwała mnie.  Zacisnęła mi łapy na szyi, przenikała powoli do mojego wnętrza. Nie mogłem już zamachnąć mieczem, ani nawet zawyć. Uwięziony w jednej pozycji jak posąg, słuchałem jak Hysmine biegnie mi na ratunek. Starałem się za wszelką cenę, obudzić w sobie nadzieję, że wyjdę z tego cało.
***************
Łapczywie nabrałem powietrza, ocknąwszy się na piasku. Bitwa wciąż trwa, ale ja przeżyłem cudem tamten kontakt. Natychmiast odnalazłem wzrokiem szarą waderę, dalej odparowującą ataki wściekłej, ale dużo mniej zwinnej Magicznej Siły. Hysmine powiodło się, oderwała to od zdobyczy , zanim zdążyło mnie zarżnąć od środka. Zgarnąłem miecz i pomimo bólu odrętwiałych mięśni dołączyłem ponownie do wadery. Dzięki elementowi zaskoczenia przebiłem Magiczną Siłę na wylot. Zaskwierczała i syknęła, po czym rozpadła się na tysiąc kawałków, zostawiając na piasku stertę zwęglonych kamieni.
Oboje opadliśmy zdyszani na ziemię.
- Wiszę ci najdroższą kolację Hysmine - wysapałem po chwili.
- To był tylko.... uch ...  rewanż - położyła się na piasku. - W życiu nie walczyłam z niczym w ten sposób, ani tak długo.
- Poważnie? Radziłaś sobie na moje oko świetnie.
- To nie ja - odparła pokazując swój podłużny kryształ, już bez świetlistego ostrza. - Ten artefakt nadaje potrzebne umiejętności każdemu użytkownikowi. Rzadko po to sięgam.
- Hm... Ja na twoim miejscu używałbym go na okrągło.
- Cóż, różnimy się, Der.
<Hysmine?>

niedziela, 5 marca 2017

Od Olivii ,,Najzwyczajniejsze w świecie spotkanie cz.7" (cd.Midnight)

 — Taak, dobre żarty.
Mógł zginąć, tym bardziej naraził swoje życie, a gdybym nie ja, pewnie śpiewałby sobie z aniołkami. Czysta głupota czy może potrzebny zastrzyk adrenaliny, którego nad obydwu brakowało? W watasze zrobiło się cicho, niczym makiem zasiał. Nie słychać już śmiechu bawiących się szczeniąt, nie można dojrzeć wygrzewających się wilków nad wodopojem, czy cięć na chmurach od wilczych skrzydeł. Gruchot, świergot i śmiech umilkł, niczym po głośnej awanturze. Nikogo już tutaj nie spotkasz, spacerując odległymi ścieżkami. Jedyne, co Ci będzie towarzyszyć, to wypełnione melancholią, uśpione oraz spokojne serce, pragnące nowych wrażeń. Ta część krainy już nie obfituje swoją odmiennością, zabawą, zgraniem ducha. Ucichły również wilcze wampiry, już nie pragnące naszej krwi, tak jak dawniej. Wyniosły się hen w dal, opuszczając swoje starożytne tereny, by po następnych wiekach do nich powrócić. Nic już tutaj nas nie nawiedza, zjawy odpuściły sobie żałośnie perfidne wybryki, a trolle pochowały się w swoich obrzydliwie okropnych grotach, jakby zasypiając w głęboki, niczym kamień w wodę, sen. Niegdyś, jak ma pamięć sięga, wataha była niczym tętniące życiem mrowisko. Królowa, będąca ostatnią deską ratunku niewinnych, nieodpornych na trudności zewnętrznego świata robotnic, wyrywająca sobie wszystkie włosy z głowy, by nikt nie naraził się na niebezpieczeństwo. Czym ma być Kraina Nuit bez niebezpieczeństw? Nie jest trudnością, wybudzenie ze snu, zezłoszczonego trolla, który zdziwił się radosnym śmiechem z powierzchni, tak jak pierwszy śnieg w lecie. Midnight również pewnie zdawał sobie sprawy, z tego istotnie nadzwyczajnego obrotu sytuacji, jakim jest ta niezłomna cisza.
Nie było to zbytnio okazjonalne, by tak nagle opuścił mnie humor i ponownie wprowadzając basiora w wielką dziurę, gniewnie pulsujących, okropnych wspomnień z przeszłości. Spojrzał się na mnie niepewnie, oczekując, że w końcu coś w siebie wyduszę. Nie wiem czemu akurat teraz mi się to przypomniało, akurat w tej sytuacji dziesiętny raz sobie uświadamiając, że serce watahy bije powolnie. Można sobie je porównać do starego wilka, który ledwo zipie, nie trzyma się już na czterech łapach, w samotności czekając na śmierć, mimowolnie przypominając sobie piękne momenty swojego życia, których nie daje się zapomnieć.
— Wszystko w porządku, Olivia? — odezwał się, a jego mina przypominała mi tysiące burzowych chmur, których widok zbijał mnie z tropu.
— Zgodzisz się ze mną Midnight, że życie jest okropne? — załkałam. Posmutniałam i odwróciłam swój humor o sto osiemdziesiąt stopni do góry nogami.
— Nie rozumiem... Przed chwilą zachowywałaś się inaczej, co z Twoim poczuciem świadomości? — zdziwił się, mrucząc pod nosem, jakby nie chcąc mi tego mówić, ale gdy kości zostały rzucone...
— Ostatnio tak ze mną jest, przepraszam. Przez tą sytuację... Znowu sobie coś uświadomiłam — zwróciłam pyszczek ku niebu, które wprosiło na swe schody, fioletowe i różowe barwy. Wielkie słońce widniało w tym samym miejscu, co zawsze zachodziły na tym terenie zachody, zwracając honor, będącej już kawałek drogi stąd nocy. Rozejrzałam się, popatrzyłam na boki, pod siebie, znowu na boki. Nic się nie zmieniło, lecz w praktyce nie było to już to miejsce, na którym się wychowywałam. Liście osiki trzęsły się z zimna na wysokich drzewach, lśniąc od skroplonej na liściach wodnej pary znad wodospadu, który huczał gniewnie, ale ze swoim pokornym spokojem i opanowaniem. Chmury swobodnie przemieszczały się, jedna po drugiej, kiedy pod moimi łapami trzeszczał kamienny, różnokolorowy żwir. Patrzę się na Ciebie, z tym samym wzrokiem co kiedyś, a ty jakbyś się nie zmienił. To co widzę, jest takie samo. Jest to niepodważalny dowód na to, że Twe oczy zawzięcie kłamią, a serce, dygocąc raz po raz, szepcze Ci coś innego. Jesteśmy w obcym miejscu, gdzieś, gdzie ja już nie należę. Pragnę, by nadal tutaj trwać, dbać o Was i trzymać w sercu, aż do druzgocącej śmierci. By budzić się o łaskoczącym od swych promieni, na własnym grzbiecie, roześmiane słońce. Iść na polowanie, któremu towarzyszy relaksująca telenowela ptaków, będące symbolem wolności. Chciałabym ponownie rozłożyć swe podrapane, w licznych ranach i siniakach skrzydła i móc polecieć, hen daleko, nie ważne gdzie. Nie liczy się stawka, tylko by odżyć i odrodzić się na nowo. Serce me się kraje, płacze, ocieka współczuciem, zdając sobie sprawę z każdego faktu. Nuit Solitaire nie tętni życiem, tak jak kiedyś, poprzez dzika, które rozgrzebał nasze mrowisko, a jego fragmenty, rozsypując wszędzie i nigdzie. Nie odnajdziemy już siebie, nie wrócimy do dalszej rutyny. Dzik, nazywający się Losem, jest podłym potworem, będącym rozdzielić nawet największą miłość. Zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy, która mnie właśnie teraz naszła. Według ospałej Królowej Motyli, ptak w mym sercu, jest moim odosobnieniem, w zamkniętej klatce. Kiedy braknie mi tchu, nie mogę oddychać, mam napady koszmarów - jest to tym powodem. Moja Kraina umiera, a razem z nią umrę także ja. Ptak, również potrafi chronić swego terytorium. Poza swoim gniazdem, jest wolny, gotowy na własny rozwój spraw i nieprzerwane granice swoich możliwości. Jeśli to zrobię, mój ptak, tak jak i też ja, będę mogła żyć. Poprzez złożoną na tej ziemi, obietnicę dotrwania do samego końca, mogę przygotować się do obwieszczenia, iż zostanie ona przeze mnie złamana. Przepraszam Mamo, Tato, że nie potrafiłam być dobrym wodzem. Bycie tutaj i teraz jest ostatnim tchnieniem tego miejsca, a ja z wielkim bólem i cierpieniem, muszę przyznać. Nic nie może być wieczne, nawet ta nieśmiertelność.
— Rozumiem, że telepatia czasem potrafi zdziałać wszystko lepiej, niż same Twoje słowa — uniósł wysoko głowę, w niebo, tam gdzie ja. — Nadal będę walczyć. Inni nie widzą tego, co ty.
— Oczywiście, że widzą — westchnęłam, wbijając pazury w wilgotny żwir, a z podmuchem wiatru, zwróceniem się w jego stronę. — Każdy wie, że jest tu niewyobrażalnie cicho. Cisza, potrafiąca uśpić każde stworzenie.
— Muszę wyruszyć w drogę. Jestem na tyle silna, by jeszcze się uratować. Zostaniesz tutaj, czy polecisz ze mną?
<Midnight, albo koniec>
P/A: Opowiadanie czeka od sierpnia zeszłego roku na odpisanie, jakoś się wzięłam w garść, oklaski proszę. Już chyba od ponad pół roku nie pisałam, ani za wilka, czy za cokolwiek. Przepraszam za niezgodności, trudny czy zbyt prosty język - dużo czasu minęło. Każdy już chyba zdaje sobie sprawę, że wataha nie utrzyma się na dwóch wilkach piszących w miarę regularnie, ot co. Olivia, tracąca swoją siłę, jest odzwierciedleniem watahy, która powoli umiera. Pragnie wyruszyć w wędrówkę, która zwróci jej stracone zdrowie.

sobota, 4 marca 2017

Od Hysmine ,,Nowy rozdział nie napisze się sam cz. 7" (cd. Dregor)

Przesiedziałam w jaskinie parę dni. Zastanawiałam się czy to co widziałam. Czy to tylko wizja mojego chorego umysłu? Chyba za za długo byłam sama większy tłum już mi mąci we łbie. Czas wrócić do swoich zajęć. Notowałam spostrzeżenia przez kolejne parę dni pozwiedzałam w samotność tereny watahy podążając za tropem Krwawych. Omijałam magiczną dżunglę z daleka. Nie chciałam mieć z nią już odczynienia. Zwiedzając jedną z odnóg starej, zasypanej jaskinię spotkałam Olivia.
-Witaj Hymine- uśmiechnęła się.- Dawno Cię nie widziałam, co się stało?
- Hej...Nie, jest wszystko okej, długo nie wychodziłam z jaskini. Musiałam "umeblować" nowe lokum.
- Czyli zostajesz tu na stałe?
- Tego nie jestem pewna, ale na pewno zostanę tu dłużej niż myślałam. Wataha mam ciekawą przeszłość.
- O tak, te tereny skrywają wiele tajemnic. Teraz tak z innej beczki Der się o ciebie pytał.
-Tak? To pójdę do niego jak znajdę czas.-wróciłam z powrotem do notowania.
- Nie za dużo spędzasz z nosem w swoim notesie?
- Właśnie za mało- wymruczałam niezadowolona z tej tego spostrzeżenia. Alfa poleciła głową i ruszyła na dalsze patrolowanie terenów. Spojrzałam na puste ściany jaskini. Robiło się późno, więc wzięłam swoje rzeczy i skierowałam się w stronę mojego legowiska.
Po drodze trafiłam właśnie na basiora o którym wspominała Olivia.
- Witaj Der- uśmiechnęła się do niego od niechcenia.
-Cześć -przywitał się niemrawo. Coś było w nim nie tak. Wyglądał na zmęczonego, był nie obecny duchem. Zapytałam go o to. Opowiedział mi, że od paru nocy śni mu się ten sam sen. W szczegółowo opisał mi całe zdarzenie. Zastanawiałam się chwilę.
- Jedynie co mnie spotkało to dziwna łuna nad magiczną dżunglą parę dni temu. Może to jedynie przypadek, co wątpię.
- Wiesz co te sny oznaczają?
- Nie, na snach się nie znam. Nie wiem, mam to brać na poważnie czy patrzyć pod kątem symbolicznym. Nie potrafię tego odróżnić.
-Możemy to sprawdzi jedynie idąc do dżungli.
- Moja łapa tam nigdy nie powstanie.- powiedziałam stanowczym głosem .
-Dlaczego?
-Bo nie.-odpowiedziałam chcąc szybko uciąć rozmowę. Ominęłam basiora i poszłam swoja drogą.
- O co chodzi? Powiesz mi ?- Der nie dawał za wygraną. Przewróciłam oczami.
- Jestem zmęczona. Nie mam ochoty i mam ważniejsze sprawy na głowie.
- Co może być ważniejsze? To dotyczy tej twoje watahy ,która badasz. Nagle przestałaś się interesować?
- Nie, za bardzo to przeżywasz. Diamanda naopowiadała Ci dużo głupot na temat Krwawych i teraz się śnią. Wątpię by było to coś ważnego.
- Ale przed chwilą mówiłaś, że to nie przypadek .
- Mówiłam, że to...to światło nie przypadek- zaczęłam plątać się w własnej wypowiedzi. Chciałam zakończyć tą beznadziejną sytuację. Zatrzymałam się. Byłam już przy swojej jaskini. Nie zauważyłam nawet kiedy tu trafiłam.
- Jest już późno dobranoc- rzuciłam to na nie dbale, byle dał mi spokój. Poskutkowało, nie wlazł za mną do jaskini. Ułożyłam się na posłaniu. Jeszcze raz spojrzałam w stronę wyjścia, czy aby na pewno go tam nie ma. Zamknęłam oczy i zasnęłam.
****
Nie spałam długo, obudziłam się w środku nocy. Przewróciła oczami, zarzucając całą winie na Dera za nieprzespaną noc. Wstałam niechętnie i ruszyłam w stronę rzeki by się napić. Przebierałam leniwie łapami z nosem prawie przy ziemi. Kiedy odezwałam nos razem ze wzrokiem od ziemi zamarłam. Na brzegu siedział odrzucona do mnie plecami wadera. Jej sierść była śnieżna biała i gdyby nie znajdowała się na ciemnym tle rzeki, nie odróżniała by się od śniegu. Jedynie łapy i pędzel krótkiego ogony były koloru ziemi po deszczu, ciemno brunatnej .Przy kicie ogona miała przypiętą spinkę z kwiatem blado różowej lilii. Wyglądała tak jakby czekała na kogoś kręciła wesoło głową. Cofnęłam o krok. Trzęsłam się nie wiem czy ze strachu czy z zimną. Wadera odrzuciła głowę
-Ine! No w końcu. Czekałam na Ciebie -uśmiechnęła się do mnie takim szczenięcym pełnym ufności uśmiechem. Odwróciłam, chciałam jak najszybciej wrócić do jaskini.
- Ine poczekaj! Wracaj! - wadera chciała mnie dogonić, kiedy nagle huk. Aż podskoczyłam na moim posłaniu. Ciężko dysząc rozejrzałam byłam nadal w jaskini. Obejrzałam się za siebie. Na dworze szalała burza z piorunami. Żadnego siadu po białej waderze. Pokręciłam tylko głową mówiąc cicho: "to tylko sen, tylko sen". Skierowałam wzroku w dół. Może łapy były obłocone. Zaczęłam się znów trząść. Nie ze strachu, ale zimną spowodowanego przemoczonym futrem. "Już na starość lunatykuje" pomyślałam. Skuliłam się i ułożyłam głowę na łapach, uszykowana do snu. Dłuższa chwilę analizowałam, krok po kroku, to co zobaczyłam. W końcu znużona zasnęłam. Obudził mnie Dregor.
- Hysmine, możemy pogadać?- zapytał siadają obok mnie.
- Jak musisz...-odniosłam i spojrzałam na niego. Był zmieszany jakby czegoś się obawiał.
- Nie wiem, dlaczego tak wczoraj zaszeregować na moją propozycję, ale byłem w dżungli i- przerwałam mu.
- No i co z tego? Nie przekonasz mnie, cokolwiek byś tam nie znalazł, nie pójdę tam-ruszyłam przed siebie w stronę rzeki.
- Chociaż mnie wysłuchaj.- zatrzymałam zatrzymała się i rozejrzałam się. Przypomniałam sobie ten koszmar, który mi się śnił. W śnie drogą droga z mojej jaskini była krótsza. Spojrzałam pod swoje łapy. Na ziemi leżała spinka z kwiatem lilii. Taka sama, jaką biała wadera miał przypięta przy krótkim. Moje serce zamarło. Skoro to był sen to skąd to się wzięło. Podniosłam spinkę.
- Słuchasz mnie w ogóle?- wyrwał mnie z zamyślenia głos Basiora. Spojrzałam na niego.
Wilk zamilkł. Wzrok wrócił mi na spinkę.
- Hysmine w porządku?
- Nie, nie jest. Przepraszam muszę iść...-wróciłam do jaskini. Dregor poszedł za mną. Usiadła ciężko w kącie jaskini. Wilk usiadł obok i poklepał mnie po ramieniu.
- Jeśli coś Cię trapi może będę mógł pomóc. Mogę Cię wysłuchać.
-Tu mi nie pomożesz... potrzebuję chwili spokoju. Chce być sama- nastał krepująca, nieprzyjemna dla mnie cisza.
W końcu basior. Spojrzałam na niego.
-Skoro nie chcesz rozmawiać.... to czy byś chciała ze mną pójść na spacer? Ja Ci coś opowiem. Wystarczy tylko że posłuchać mnie.
Nie zostawiaj tu sama- spojrzałam na niego. Nie chciałam się ruszać z jaskini, ale nie mogłam mu odmówić. Ruszyłam za nim wlokąc z niechęcią łapami. Zaczął opowiadać o dziwnych i śmiesznych sytuacjach, który się mu przytrafiły dzieciństwie i w niedalekiej przeszłości. Na niektóre jego historyjki nawet się uśmiechnęła. Czasami wplatał informacji o miejscach, które odwiedziliśmy. Zapomniałam o zdarzeniu z rana i sama wkręciłam się w rozmowę. Odpowiedziałam o swoich podróżach, gdzie byłam, co widziałam i na co natrafiłam. Przegraliśmy cały dzień. Zatrzymałam się na środku łąki i spojrzałam na zachodzące słońce.
- Idziemy dalej?- Dregor odwrócił się w moją stronę.
-Czy możemy pójść na plażę? Jesteśmy nawet blisko więc?
- Oczywiście skoro chcesz.
Zdążyliśmy przed zachodem. Morze było lekko zburzone. Usiadłam na zimny piasku. Położyłam łapę na piersi i zamknęłam oczy.
- Co robisz?- nie odpowiedziała mu. W ciszy przesiedziałam jeszcze chwilę. W końcu odłożyłam łapę i spojrzałam na niego a potem na morze.
- No cóż. Ciężko to wytłumaczysz- zaczęłam rozmowę.- można powiedzieć, że jest to jakby rodzaj modlitwy.
Zapadła cisza. Obawiałam się tego, rzadko widziałam wilki, które by miałyby swoich bogów, a nawet jeśli to nie pokazywały tego innym.
-Wiem dziwne to jest pewnie z twojej perspektywy, ale mam ku temu powód by tak postępować.- Basior nadal milczał. Nieswojo się poczułam, jakbym zrobiła coś złego lub była jakimś dziwolągiem.

niedziela, 12 lutego 2017

od Sunset "Pamiętnik czarodziejki cz.1"

Czasem jak niewiele potrzeba, by z łatwością o czymś zapomnieć lub coś przeoczyć. Pomija się nawet najważniejsze rzeczy, gdy jest się zbyt zajętą codziennością. O rzeczach, na których nie zawsze nam zależy, już nie wspominając. A mistrzem przekładania spraw na "jutro" i zapominania o nich jest stanowczo mój brat...
Mijał już prawie miesiąc od Wolfester'a. Siedziałam w swojej nowej jaskini i rozpakowywałam ostatnie rzeczy po niedawnej przeprowadzce. Myślę, że wybrałam sobie jedną z piękniejszych jaskiń, w każdym kącie świeciły rezonansująco wielkie kryształy o rozmaitych barwach. Od czerwieni i błękity po fiolety i róże, ale mogły zmienić swój kolor na życzenie lub pod wpływem humoru. Tworzyły w ten sposób wspaniały widok i nastrój, a wypełniająca je magiczna energia, była wyczuwalna w całej jaskini... Większość swoich rzeczy wypakowałam od razu po wyprowadzce z jaskini szczeniąt, ale kilka drobiazgów jeszcze zostały nie odpakowane.  W trakcie, gdy wyciągałam z pudła i odkładałam na odpowiednie miejsce prezent urodzinowy od Diamandy, coś zabłyszczało przede mną. Podniosłam głowę i zobaczyłam jak w towarzystwie jasnego błysku światła materializuje się przede mną zrolowany zwój pergaminu, który zawisł w powietrzu. Przechwyciłam go telekinezą i rozwinęłam. To był list od mojej mamy...
"Kochana Sunset,
Mam nadzieję, że Twoja wyprawa Ci służy i znalazłaś w końcu swoje miejsce na ziemi. Piszę do Ciebie skarbie, by życzyć Ci Wszystkiego Najlepszego z okazji urodzin! Ech... Jak ten czas leci. Dopiero co byłaś moim małym szczeniaczkiem, a teraz jesteś już dorosła. I zapewne najpiękniejsza ze wszystkich wader! Żałuję, że nie mogę Cię zobaczyć i powiedzieć to osobiście, a nie przez kartkę papieru, ale chciałaś zacząć własne życie, więc chociaż tak mogę Cię w nim wspierać. Życzę Ci spełnienia marzeń, mało smutków i jak najwięcej radości! Byś znalazła tego jedynego na całe życie i zajęła się tym, na czym Tobie zależy. Nie wspominając już o pogłębianiu swoich zainteresowań. Nigdy nie zbaczaj z wyznaczonej przez siebie trasy i zawsze kieruj się tym, co podpowiada Ci serce... Jeśli będziesz miała czas, to zajrzyj kiedyś do nas.
Całuski,
Mama"
List był dość krótki, ale wystarczył bym się wzruszyła. Najlepsze było w tym to, iż dostałam go, pomimo tego, że moja mama nie wiedziała gdzie jestem, więc mogłam jej wybaczyć spóźnienie, bo urodziny miałam dwa miesiące temu. Gdy czytałam go, przypomniał mi się jej ciepły uśmiech i to, jak mnie przytulała. Zrobiło mi sie ciepło na sercu, ale i poczułam się głupio, bo nawet nie próbowałam znaleźć sposobu skontaktowania się z rodziną od momentu dołączenia do watahy. Tak pochłonęło mnie moje nowe życie, że zapomniałam o swojej przeszłości, a przecież nie była czymś o czym chciałabym zapomnieć! Przejrzałam jeszcze raz treść listu i dopiero wtedy zobaczyłam dopisek, który musiałam przeoczyć. I od razu rozpoznałam Ten charakter pisma...
"PS Wybacz Soni, że dostarczam ten list z lekkim opóźnieniem, ale nie mogłem od razu go wysłać, po napisaniu go przez mamę. Musiałem najpierw znaleźć odpowiednio silne zaklęcie lokalizująco-teleportujące. No a wiesz jak to jest, miałem dużo spraw na głowie i nie miałem na to czasu, ale wiem, że się nie gniewasz. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO i takie tam!
Twój ukochany brat,
Briam"
Grrr... Tak, UKOCHANY to odpowiednie określenie. A to głupek. Oczywiście, że zapomniał, bo go to nie obchodziło, a nie że nie miał czasu... Kilka kryształów obok mnie przybrało krwistoczerwoną barwę... Od razu przestałam mieć wyrzuty sumienia, że nic nigdy do nich nie wysłałam. Szkoda mi mojej mamy, ale jego na pewno nie! "Na pewno się nie gniewasz", tak, oczywiście, że nie byłam zła, byłam wkurzona. Zdecydowanie mój durny brat był królem ignorancji i zapominalstwa. Nie chciał się nawet do tego przyznać, tylko kłamał, że był zajęty...
- I tak się kończy miłe wspominanie bliskich - westchnęłam starając się uspokoić.
Spojrzałam z urazą na list, który leżał teraz na podłodze lekko zmięty przez moją telekinezę. Podniosłam go, starannie rozprostowałam i zwinęłam w rulon, po czym odłożyłam na jedną z wolnych półek. Rozejrzałam się uważnie po jaskini i zaczęłam szybko wypakowywać ostatnie rzeczy z pudeł. Mama wspomniała w liście o bardzo ważnym aspekcie, a mianowicie o zajęciu się czymś co mnie interesuje. Zdecydowanie praca, którą sobie wybrałam, była tym, czym chciałam się zajmować w życiu. Tylko najpierw muszę przejść szkolenie. I o szkoleniu mówiąc, dochodziła pora kiedy miałam się spotkać z Olivią, by mi wszystko wytłumaczyła. Przeniosłam puste pudło w kąt jaskini i wyruszyłam w drogę do jaskini Alfy.
*****
- Słuchaj Sunset - zaczęła Olivia - na początku oczekuję od ciebie byś zapoznała się z kilkoma książkami, których wykaz dam za chwilę. Muszę go tylko spisać. Myślę, że kilka dni spokojnie ci na to wystarczy, a potem sprawdziłabym twoją wiedzę.
- Okey, powinnam sobie z tym poradzić.
Siedziałyśmy w jaskini Olivii przy jej sole biurowym. Miała na nim sporo kartek i papierów, na pewno bardzo ważne raporty i wnioski oraz jeszcze inne pisma. Siedziałyśmy na przeciwko siebie jak na rozmowie o pracę pomiędzy pracodawcą i przyszłym pracownikiem. Pomimo tego, że znałam waderę od dawna, czułam lekkie napięcie i zdenerwowanie, ale Alfa uśmiechała się życzliwie, więc wiedziałam, że nie powinnam się stresować. Olivia wzięła czystą kartkę i zaczęła coś na niej zapisywać.
- Po tym prosiłabym cię, byś przygotowała dwa nowe eliksiry o dowolnym działaniu. Przydałyby się do naszego sklepu. Ale kiedy zdecydujesz się na konkretne receptury, skonsultuj je ze mną, przed ich uwarzeniem. Jak na początek to wszystko. Gdy ukończysz szkolenie twoimi podstawowymi obowiązkami będzie pomaganie wilkom z watahy, które przyszłyby do ciebie po pomoc w jakiejś magicznej sprawie. Zakres tych spraw zalicza się od wszelkiej magii i czarów, alchemię i w pewnym stopniu egzorcyzmy. Poza tym będziesz miała obowiązek studiowania wszelkich ksiąg dotyczących dziedzin czarodziejstwa, czyli, tak jak wcześniej wspomniałam, alchemia, magiczne runy, czary i uroki, egzorcyzmy, zwierzęta magiczne i tym podobne. Chciałabym byś była na bieżąco z wiedzą magiczną, ponieważ taka wiedza w wielu przypadkach jest bardzo pomocna i byłabyś wtedy naszą "żywą encyklopedią". Pamiętaj tylko, że do twojego stanowiska jest potrzebne szkolenie, bo do tego potrzeba dużego doświadczenia i wiąże się to też z dużą odpowiedzialnością. Mam ogromną nadzieję, że się spiszesz jako Czarodziejka Watahy Nuit Solitaire.
- Dziękuję i mam podobne nadzieje. Postaram się ciebie nie zawieść Alfo.
- Oj, nie przesadzaj tak. To twoja pierwsza praca, więc nie zawiedziesz mnie z powodu kilku błędów. Z resztą, każdemu wybaczę jakiś błąd, bo każdy zawsze zasługuje na drugą szansę. Ewentualnie trzecią, czwartą i piątą też. Po prostu uważaj na siebie i w razie potrzeby przyjdź po pomoc, nikomu jej nie odmówię.
- Dzięki, na prawdę. Moja pierwsza praca...
Rozmarzyłam się na chwilę, a w tym czasie wadera skończyła pisać i podała mi kartkę, którą schowałam od razu do torby, nawet na nią nie zerkając.
- Pewnie zastanawiasz się, gdzie będziesz pracować.
- Tak trochę. - odpowiedziałam wracając do rzeczywistości.
- W Lesie Zieleni jest pewne magiczne drzewo, w którym mieści się pracownia czarodziejki. Od kilkuset lat była wykorzystywana przez pokolenia czarodziei jeszcze zanim założyłam tu watahę. Mogę cię tam już teraz zaprowadzić jeśli chcesz.
- Prosiłabym.
- Dobrze, to zbierajmy się.
Obydwie wstałyśmy z miejsc i ruszyłyśmy do wyjścia z jaskini, którą Olivia zamknęła zaklęciem po naszym wyjściu.
- Jak ci się podoba twoja nowa jaskinia? - zaczęła rozmowę Alfa.
- Jest fantastyczna! Wciąż czuję jej energię, która w niej promieniuje. Lecz powiem ci, że ciężko było się przeprowadzić z jaskini szczeniąt. Ale cóż, trzeba zrobić miejsce dla Keili i Sama, teraz ich kolej by tam zamieszkać.
Olivia zamyśliła się po czym odpowiedziała dyplomatycznie i z lekkim przekąsem.
- Nie jestem tego taka pewna, bo wiesz, ta jaskinia jest raczej dla szczeniąt bez rodziców lub starszego rodzeństwa. Ale bez różnicy czy im na to pozwolę, bo znając Alexę i Hecklera to będą ich trzymać przy sobie do minimum pełnoletności.
- Muszę się zgodzić - zaśmiałyśmy się obydwie.
W ten sposób wadera rozwiała ostatecznie moje  zdenerwowanie, które trzymało mnie jeszcze chwilę po wyjściu z jaskini i spokojnie poszłyśmy w stronę Lasu Zieleni.

<C.D.N.>
szablon: synestezja